Wetlińskie plecionki z przędzy filozoficznej
(czyli bieszczadzki melanż quasi-intelektualny w towarzystwie półkrwi i czystej krwi mieszczuchów)
Good stories deserve a little embellishment.
Gandalf
Żar najgorętszego lipca w historii pomiarów już zelżał i mimowolnie, acz jeszcze nieostatecznie, oddawał się w objęcia delikatnie chłodniejszego wieczoru, kiedy Profesor odchylił połę brudnobeżowej marynarki, by sięgnąć po papierosa. Był to jeden z tych spokojniejszych dni roboczych na Krakowskim Przedmieściu, kiedy to — inaczej niż w weekendy — rzadziej dało się słyszeć brzęczące dźwięki Ławeczki Chopinowskiej, odpalanej tak ochoczo przez rozzuchwalonych turystów, żądnych łapczywego przyciskania.
— Jest wyjazd do Wetliny — powiedział niespodziewanie Profesor, jeszcze potęgując moje oszołomienie, wywołane pierwotnie tak samo niespodziewanym prezentem, a więc najnowszą publikacją pod swoją redakcją, którą był łaskaw ozdobić własnoręcznym epigrafem skierowanym bezpośrednio (!) do mnie. Na moment zastygłem w osłupieniu, niczym żona Lota. Z owej inercji, wzmaganej temperaturą i zmęczeniem po całym korpodniu, nie zdołałaby mnie wyrwać nawet Etiuda Rewolucyjna z charczącego głośnika — jednak mój mózg przyszedł do siebie przeszyty myślą ostrą jak brzytwa: skoro Wetlina, to musi za tym stać Małgorzata!
Małgorzata była jedną z tych półmitycznych postaci zamieszkujących górskie pustelnie, o których niegdyś gawiedzi karczemnej zebranej wokół ogniska opowiadali wędrowni trubadurzy. Gdyby Małgorzata żyła w czasach Geralta z Riwii, to o jej losach niechybnie zawodziłby Jaskier, akompaniując na rozklekotanej mandolinie bez jednej struny (kto wie, czy w naszych czasach nie żyją jacyś potomkowie Jaskra). Ileż to razy już Małgorzata zapraszała mnie lub całe grupy studentów w góry, odbijając się niemal za każdym razem od zimnej ściany brutalnego niezainteresowania — tym razem, pomyślałem, będzie inaczej!

W rozmowie z Jakubem ustaliliśmy, że mam parę wolnych miejsc w furze i ruszam o 14 po pracy — obiecał, że to ogarnie. Jak powiedział, tak zrobił: miało zadzwonić do mnie kilka osób, w tym Rut. Tak dosłownie powiedział: Rut. — Cóż to za niezwykłe imię — pomyślałem, czując już, jak w odmętach mojego umysłu zaczyna wiercić się mój nigdy nienasycony Pająk Asocjacji. „Root” to korzeń albo rdzeń; nomen omen The Roots to jedno z moich najwcześniejszych rapowych odkryć, a ich kawałek (i teledysk) z Eryką Badu („You got me”) co do zasady zmienił moje postrzeganie świata (zresztą tak, jak i cały album „Things Fall Apart”, którego oryginał na cidiku z niepokojącą okładką na pewno gdzieś jeszcze mam). Ale pierwsze poważne i sensowne skojarzenie to anglosaskie „Ruth”, które to imię w moim przypadku w zasadzie w tym samym kroku kieruje mnie do Ruth Millikan, czyli amerykańskiej filozofki biologii, której ceglastą, topornie napisaną książkę Language, Thought, and Other Biological Categories musiałem porzucić pisząc magisterkę (okazała się za trudna, jak na czas, którym dysponowałem), na rzecz — w tym kontekście przyjemniejszej i lżejszej — teleosemantyki w wydaniu Freda Dretske. Ale Ruth czy Rut? To imię, czy pseudo? Nie chciałem na razie dopuszczać najprostszego wyjaśnienia, że to po prostu imię niepolskie — szukałem rozszerzeń akronimu, np. Rut-kiewicz, co mogłoby się wiązać z nieodżałowaną Wandą, archetypem (archetypką?) niezłomnej kobiety-alpinistki… Tak biegły moje myśli — byłem absolutnie zaciekawiony, a moje zaciekawienie wzmacniał fakt, że gadałem też (za pośrednictwem sieci GSM) z młodym Józefem (Yung Joe), który opowiedział mi o swojej przygodzie z bieszczadzkim szamanem, zasadniczo odwracającej wektor jego życiowej ścieżki. Wyjazd zapowiadał się zacnie.
Gęsty mrok nocy rozświetlił ekran telefonu, który zawibrował i wydał z siebie pojedyncze, nieme jęknięcie, które nie miało najmniejszej szansy mnie obudzić. Był to sms od Rut, który odczytałem dopiero rano i głowiłem się nad jego treścią, otoczony zwyczajowym koncertem wszystkich plastikowych, metalowych i szklanych elementów leciwego Solarisa, którego kierowca — jak miałem przyczynę mniemać — swoim zachowaniem na drodze ostentacyjnie wyrażał rankor, że nie został Kubicą, nadto musi użerać się z plebsem w ten pachnący magnolią lipcowy poranek. Rut pisała o 00.42:
„Hej, z tej strony Rut z filozofii.(…) Wybacz porę, ale dopiero teraz odzyskałam telefon”
Wał korbowy miarowo i na swój sposób urokliwie uderzał o górną część podestu, na którym stałem, gdy szukałem wyjaśnienia dla tego frapującego komunikatu: czy ktoś porwał telefon Rut dla okupu, który ostatecznie udało się wpłacić 42 minuty po północy? Czy telefon Rut zatrzymało ABW, podejrzewając, że mogą się tam znajdować informacje dotyczące bezpieczeństwa kraju? Czy Rut była szpiegowana Pegasusem i oddała telefon do Amnesty International i dopiero o 00.42 go zwrócili? No i co skłoniło Rut, że zaraz po tak doniosłym wydarzeniu zdecydowała się napisać właśnie do mnie? Nie mogłem się wprost doczekać, by poznać wszystkie te jednostki, z tak niesamowitymi historiami do opowiedzenia!
Mknęliśmy z Martyną i Tobiaszem w stronę Lublina, choć szczerze mówiąc kierunek podróży był na razie drugoplanowy: zawiązaliśmy dyskusję, która spowodowała, że nasz czas zmienił się, niczym na skraju Horyzontu Zdarzeń. Postanowiłem zrobić na początku metodologiczną wprawkę (opracowaną w wielu wcześniejszych dyskusjach): skoro się nie znamy, a chcemy mówić o sprawach światopoglądowych, to zgódźmy się, że nikt nie stawia arbitralnych tez, nie formułuje jednoznacznych ocen i zachowuje otwartą głowę. Zgódźmy się, że używamy tych samych wyrazów i zdań w różnych kontekstach i żeby dobrze się zrozumieć, musimy czasem doprecyzować kontekst. I nie ma obrażania się (przynajmniej na razie). Wszyscy się zgodzili — gadaliśmy nieprzerwanie przez 7 godzin. Martyna mówiła o poliamorystach, ja o percepcji innych ludzi, a Tobiasz o językoznawstwie i rodzinnych związkach z Rzeszowem. Próbowaliśmy również czytać na głos fragmenty tekstów przygotowanych na wyjazd, wymieńmy je dla porządku:
- „Odniesienie a deskrypcje określone” Keith Donnellan
- „Funkcja semiotyczna milczenia” Jacek Jadacki
- „Presuppositions of Compound Sentences” Lauri Karttunen
- „Milczenie“ Cyprian K. Norwid
- „Presupposition and implicature“ Christopher Potts
- „Denotowanie“ Bertrand Russell
- „On Referring“ Peter Strawson
Prawda jest taka, że Tobiasz prawie sam zasnął czytając nam Norwida, Martyna przyjęła pozę zarodkową orzecha włoskiego, a ja złapałem się na tym, że — podpierając pięścią podbródek — gapię się przez boczną szybę na piękny sosnowy las, a jednocześnie wyprzedzam tira. Musieliśmy to przerwać. Niepostrzeżenie wjechaliśmy w góry.
Chciałem koniecznie dojechać przed zachodem słońca, ale okazało się to niewykonalne. Niespodziewanie jednak bladoszara ciemność, którą roztoczył nad Wetliną bieszczadzki zmierzch, przydała przestrzeni, w której się znaleźliśmy, waloru magicznego. Nie zmącił tego wrażenia nawet delikatnie siąpiący deszcz. Próbując zorientować się w terenie niejako instynktownie trafiliśmy do Karczmy i bezpośrednio na Profesora z całą Ekipą, wśród której była Rut we własnej osobie, Szymon, Daniel, Piotr (Jan Paweł), Michał i oczywiście nasza hostini (feminatyw), czyli Małgorzata! Dodać wypada, iż osoby owe zdążyły się już dość poważnie zaangażować w laną Perłę i domowe likiery rozlewane do szklanek na herbatę. Ostatni transport z zasobami ludzkimi, a więc z Jakubem, Józkiem i Dawidem, miał przybyć niebawem. Słów tego wieczora padło wiele, nie wszystkie nadawałyby się do publikacji, dyskusja trwała do przełamania nocy z dniem — nie doczekałem do końca, padłszy zmożony trudami dnia, ale wieść się niosła od namiotu do namiotu, powtarzana przez zaciśnięte zęby i spod przekrwionych oczu urlopowiczów, pragnących bezskutecznie zaznać choć odrobiny snu — że do naszej biesiadnej ciżby pod całunem nocy dołączyli filozofowie najwięksi, w tym absolutny tuz przaśnych, nocno-porannych stolikowych sporów, czyli Hegel!
Warunki w ośrodku były raczej skromne: z jakiegoś powodu ktoś już dekady temu doszedł do przekonania, że w 20 metrowym pokoju na luźniutko zmieści się pięciu typa, starczy im jedna metrowej szerokości szafa z dykty, nie muszą mieć żadnych półek, ogrzewanie będzie zbędne, za to do prysznica w koedukacyjnych sanitariatach wystarczy doprowadzić jedną rurę z wrzątkiem — PTTK Wetlina dumnie kontynuowało tę godną najwyższej pochwały tradycję. Mimo to było cudownie — w jednej (z dwóch) kabin prysznicowych stał wieszak na płaszcze z ery Mietka Fogga, kilkadziesiąt metrów od Karczmy płynął górski potok jak z pocztówki, ale przede wszystkim zebraliśmy się wesołą gromadą ludzików, mających tylko i aż kilkadziesiąt godzin, żeby dostarczyć sobie oraz swoim siostrom i braciom jak najlepszego materiału do unieśmiertelnienia w pamięci. A nazajutrz o poranku ujrzałem Je w całej okazałości — Góry!

Powiedzieć, że Bieszczady są piękne, to jak powiedzieć, że warszawska Syrenka ma rybi ogon, albo że Renifer Rudolf ma czerwony nos — kolejny, pożal się Boże, truizm. Surowa wspaniałość gór fronduje przeciw wszelkim truizmom, kontestuje je, obala. Słowa stają się nie tyle zbędne, co absurdalnie niewystarczające — puste wobec treści, która narzuca się w oglądanej realności. Oto najświętszy sakrament „naiwnego” realizmu, perła w koronie jego argumentów: wszelka krytyczna refleksja, postfaktyczna racjonalizacja, filozofia, ba, nawet fizyka! przegrywają z rzeczywistością tak dojmującą i namacalną, jakby sam spersonifikowany Wszechświat milcząco przemawiał do swoich najmłodszych dzieci, pozwalając im przez chwilę nasycić swoje małe rozumki potęgą historii i wiedzy zaklętą w monstrualnych, mezozoicznych fałdach. Michał Comerlatti utyskiwał, najpewniej słusznie, że podczas wyjazdu było za mało filozofii, ale to jest właśnie odpowiedź: czy tego chcemy, czy nie, piękno natury i elan vital są wobec wszelkiej refleksji prymarne, niczym platońska forma wobec jej mimetycznego odwzorowania.

Da się to w pełni zrozumieć tylko będąc tam, spoglądając ze szczytu w stronę Wetliny lub Przełęczy Orłowicza, sycąc oczy horyzontem zielonych wierzchołków, wciągając głęboko w płuca wilgoć jagodowych krzewów i wrzosu, porastających trawiaste zbocza Smereka (oczywiście w tych krótkich momentach przerwy, kiedy 12 osób nie jara kolektywnie szlugów na każdym postoju). Istnieją powody, dla których mam prawo sądzić, że nie tylko ja odbieram góry (i naturę w ogólności) z taką emfazą, ale znów: emfaza w ogóle nie jest określeniem adekwatnym. To nie jest tylko zachwyt, admiracja, eutymia — nie jest to też katharsis, eudajmonia czy nirwana (choć tu już bliżej) — to coś, co wymyka się opisowi, czego opis nie wskaże, nie usankcjonuje. To dlatego Małgorzata zdejmuje buty do chodzenia po górach, wbrew zaleceniom przewodników i dobrym radom babci: żeby jeszcze lepiej poczuć tę niewypowiedzianą realność natury, połączyć się z nią w odwiecznym misterium, które zaburzyliśmy, wdzierając się w Bieszczady w swoich najeżonych elektroniką blaszanych puszkach, z piłami łańcuchowymi i w plastikowych ubraniach. Zawsze myślałem o losie Małgorzaty, jak o losie Syzyfa z interpretacji Camusa: zesłaniec, który z jakiegoś powodu postanowił akceptować swą udrękę. Teraz przekonałem się, że wybór Małgorzaty — choć być może w jakiejś części instynktowny — może być uwarunkowany motywacją pełniejszą i głębszą, niż mogłem dostrzec, przykładając do niego w mym osądzie wielkomiejską sztancę. Być może odrzucenie wygód metropolii i przyjęcie na siebie brzemienia niemal ascetycznego bytowania źle wygląda w pierwszym kontakcie dlatego, że pozytywnych implikacji takiej decyzji nie widać nie tylko z kazamat metra, ale i z najwyższego wieżowca, i niewolny lud miasta, w mieście wzrosły i miasto przyjmujący automatycznie za axis mundi, potrzebuje wiele czasu, by zrzucić kajdany umysłowego ograniczenia, które każe mu wjeżdżać przysłowiową „windą na pierwsze”. Jeśli wszyscy jesteśmy Syzyfami, zdaje się mówić Małgorzata, to czemu by nie wtaczać swojego kamienia w Wetlinie, wśród dziewiczych borów i urokliwych strumyków, po każdym mozolnym dojściu na szczyt przysiadłszy, by obserwować mistyczne słoneczne teatrum światła i cienia, rozkładających się fantastyczną feerią na sąsiednich pagórkach, wobec którego obrazy Caravaggia zdają się być dziełami gapowatego żaka.

Nasze wspólne wejście na Smerek było wydarzeniem doniosłym: zdążyły już się zatrzeć w mej pamięci wspomnienia górskich przechadzek tak dużą grupą. Grupa daje wsparcie i wnosi walor nie do przecenienia — towarzystwo młodych, uśmiechniętych twarzy dodaje górom uroku, łączy naturalne ze społecznym. Profesor pod szczytem uruchomił wojskową lornetkę, którą można było podglądać bystrych wycieczkowiczów produkujących „papierzaki” na skraju lasu poza szlakiem. Józek wdał się w dyskusje o oknach pod metalowym krzyżem z parą randomowych turystów, którą to dyskusję, przeniesioną w spór plemienny wewnątrz naszej grupy, Profesor skwitował sakramentalnym:
„ I tak pomimo wspólnego języka, fenomenolog nigdy nie zrozumie analityka.”
My natomiast (czyli ja i Martyna, której nazwiska nie mogę wymienić, gdyż groziłaby jej odpowiedzialność karna), wiedzeni szatańskim podszeptem Małgorzaty (kto podał jabłko? No kto?), przekroczyliśmy sznurowane bariery i — wbrew prawu — udaliśmy się w miejsce, gdzie Smerek ma swój rzeczywisty wierzchołek. Tam Małgorzata trzyma swój syzyfowy kamień i tam zażywa wolności — nie mogę powiedzieć, że też jej nie poczułem. To właśnie w tym momencie zdałem sobie sprawę z faktu, który kiedyś znałem, ale pozwoliłem sobie o nim zapomnieć: że góry wskazują drogę. I obserwując Małgorzatę przypomniałem sobie zwyczajny, zdawałoby się, fragment Orwella (tak, jak Oppenheimer obserwując detonację pierwszej bomby jądrowej, przypomniał sobie słowa Wisznu):
„I, zaradna jak zawsze, gałązką z gołębiego gniazda zaczęła rysować mapę na zakurzonej posadzce.”

Jak już wspomniałem, w piątek po podróży opuściłem biesiadę nieco wcześniej i zasnąłem jak kamień. Jednak obudziłem się nad ranem i, niejako wiedziony niezrozumiałym i bezprzyczynowym natchnieniem, począłem wytwarzać słowa, które później złożyły się na strofy skromnego utworu, powstającego od początku z myślą o naszym czcigodnym Przewodniku. Pan Profesor dzielnie i bez skargi trawersował Smereka, lecz przyznał mi się potem, że dostał mocno w kość. Myślę, że jak większość z nas — nawet z odpowiednim przygotowaniem bieszczadzkie stromizny mogą pozostawić dotkliwe zakwasy. Tym bardziej zależało mi, żeby jakoś zrekompensować Profesorowi fizyczną mitręgę, a w jego przypadku nie może być mowy o lepszej rekompensacie, niż pożywka intelektualna, bowiem Profesor — niczym mnisi tybetańscy — z łatwością przezwycięża wszelkie dolegliwości somy siłą samego tylko umysłu. Rezygnując z oglądania gwiazd na polanie (czego trochę żałuję do dziś) przysiedliśmy z Piotrem do procesu twórczego, wspomaganego niezawodną w takich sytuacjach Perłą z puszki. Niestety, choć dla nas obu słowo było tworzywem plastycznym, to wychodziły nam same sprośne wierszyki na rymach o dopasowaniu częstochowskim — mimo to, towarzystwo Piotra i jego krytyczne uwagi pozwoliły mi dokończyć „dzieło”, które następnie wprowadziłem pismem odręcznym do wcześniej zakupionej pozycji książkowej.
Piotr postąpił analogicznie z krótkim, acz treściwym komunikatem pod adresem Małgorzaty. Nazajutrz wszyscy złożyliśmy w owych annałach swoje podpisy, które — odciśnięte w papierze — pozostaną pieczęcią naszej krótkiej unii. Czas się skurczył do punktu, ale jeśliby przyłożyć lupę, to można by tam zobaczyć Józka heroicznie próbującego ujarzmić niestrojącą gitarę bez jednej struny; klocki lego, którymi obsługa Karczmy oznaczała zamówienia; Piotra i Daniela w niekończącej się wojnie na suchary; mój wspaniały powrót z Rut i Józkiem, kiedy to opowiedzieliśmy sobie nawzajem swoje historie; Martynę wzywającą UFO z niebieskiego Tetrisa pod Chatką Puchatka; Tobiasza latającego w sandałach jak kozica po bieszczadzkich szczytach; uszczypliwy spór katolika z protestantem i wiele, wiele innych historii. Napis przy wejściu do Karczmy w Wetlinie głosi: „Nie ma czasu”, co należy rozumieć dosłownie — czas w Bieszczadach nie istnieje. Napis ów stał się jednym z bon motów naszego wyjazdu, używanym chętnie jako odpowiedź na rozmaite pytania z bardzo różnych obszarów i nierzadko w zaskakującym kontekście (vide wszystkie smalltalkowe dialogi w męskim sanitariacie). Mam nadzieję, że jak najszybciej nadarzy się kolejna okazja, by porozmawiać o czasie (i nie tylko) w tym samym lub rozszerzonym składzie w sercu bieszczadzkiego interioru, który samą swą dostojną obecnością w ułamku sekundy przypomniał nam, jak bliskie są nasze związki z naturą, z której przecież wyrośliśmy, a jednocześnie jak bardzo się od niej oddaliliśmy i jak mało jej zostało w świecie triumfalnej hegemonii gatunku homo sapiens. W obecności Martyny, Dawida i Jakuba, na szczycie Połoniny Wetlińskiej, złożyłem przyrzeczenie: nigdy już nie zaniedbam Gór.
Rymowanka wypisana na okładce książki Profesora:
Gdzie Smerek słucha westchnień mgieł, tam Roch dostojny kładzie cień
Weszliśmy weń!
Po czas, którego nie ma tu, na szczyt, en masse, na jednym tchu
Na kilka mgnień.
Jak Goethe umiłował las, Petrarka wielbił Mont Ventoux
Porzuciliśmy zgiełki miast, by w serca przyjąć blask tych stron
Bo wyrośliśmy stąd.
Natury świętym prawem jest wołać do siebie dzieci swe,
Nim wyschną nam ostatnie z łez, z wspomnień utkane wyłonią się
Bieszczadzkie chansons de geste.
Udział wzięli:
Daniel Bacher
Dawid Matusiewicz
Filip Borkowski
Jakub Cieślar
Józef Niewiarowski
Małgorzata Kania
Martyna Karoń
Michał Comerlatti
Piotr Pietrzak
prof. Adam Górniak
Rut Panek
Szymon Orliński
Tobiasz Andrejczyk
Suplement dla ciekawskich:
Rut, jej pies i PanŻul (historia prawdziwa)
Rut bardzo kocha swojego psa i zawsze spaceruje z nim tak, żeby miał swobodny dostęp do fontanny. Pies Rut kocha fontanny i za tak wspaniałomyślne traktowanie odwdzięcza się swojej właścicielce wiernym oddaniem i niemal zupełnym brakiem zachowań z gruntu nieoczekiwanych. Tego feralnego dnia jednak, gdy Rut i jej pies oddawali się zwyczajowej passeggiatcie, ich lokalna fontanna okazała się, by tak rzec, zajęta, albowiem nieskrępowanej kąpieli zażywał w niej PanŻul. Z sobie tylko znanych powodów nie był on jednak łaskaw powiadomić o swoich zamiarach ani Rut, ani jej psa. Nieświadomy niebezpieczeństwa pies Rut udał się swoim zwyczajem w kierunku wodotrysku, by zrobić to, co wszyscy najbardziej lubią robić w takich miejscach. Ku jego zdumieniu, napotkał jednak na konkurenta — nie może więc dziwić jego nieco nerwowa, być może nadmiarowa reakcja (wyjął on bowiem spod obroży kodeks wykroczeń i tonem dość surowym zaczął przytaczać PanuŻulowi treść Artykułu 55). Rut pobiegła psu na ratunek, w tym samym czasie PanŻul „broniąc się” przed atakiem (choć to on tak naprawdę był intruzem, a więc napastnikiem), odgrzebywał zapisane przed laty w pamięci ciosy karate z filmów z Brucem Lee. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że jeden z jego ciosów dosięgnął Rut, gdy ta nadbiegła, wytrącając naszej bohaterce telefon z dłoni i powodując lekkie stłuczenie ręki (ale na szczęście nic ponadto). Telefon wpadł do wody i Rut cały wieczór musiała go suszyć suszarką do włosów — w tym czasie pies Rut robił jej lodowe okłady na rękę i kompres z rumianku. Tak oto Rut „odzyskała telefon” i wysłała z niego wiadomość o 00:42, którą próbowałem rozszyfrować, jadąc do pracy o poranku.






















