Ministra Czarnka zamach na wolność nauki
Jak podała PAP, w poniedziałek 24.04.23 minister Przemysław Czarnek, odpowiadając na pytanie reportera TVP, zapowiedział rewizję swoich decyzji finansowych wobec Polskiej Akademii Nauk, ponieważ „nie będzie na większą skalę finansował instytutu, który utrzymuje ludzi, którzy obrażają Polaków”. Pytanie dotyczyło serii rozmów przeprowadzonych kilka dni wcześniej w TVN24 z okazji obchodów rocznicy powstania w getcie warszawskim, podczas których głos zabrała również prof. Barbara Engelking, redaktorka i współautorka dwutomowej monografii Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, która szczęśliwie zasiedla moją półkę.
19 kwietnia po południu, już po głównych uroczystościach, byłem pod Polinem, zaś po powrocie do domu oglądałem kilka relacji z tego wydarzenia, również cały poświęcony temu blok programowy w telewizji TVN24. Rozmowa Moniki Olejnik z Barbarą Engelking, prowadzona na tle wystawy „Wokół nas morze ognia”, nie dostarczyła mi żadnych przełomowych informacji — zaznaczyć jednak wypada, że tematem tym, tj. problemem relacji polsko-żydowskich podczas wojny oraz samego Holokaustu, interesuję się od bardzo dawna. Domyślam się jednak, że niektóre stwierdzenia mogą być dla kogoś mocno osadzonego w tradycji narodowej niekomfortowe, jak np. takie, że: powstanie i likwidacja getta były dla „strony aryjskiej” raczej widowiskiem; na ulicach najczęściej dało się słyszeć „Żydki się palą” (swoją drogą tym określeniem posługują się wielokrotnie Polacy występujący w dokumencie „Shoah” Lanzmanna); ludzie oglądali ten teatr z dachów; gesty pomocy był rzadkością, a szmalcownictwo kwitło; nie było atmosfery pomocy; na uciekających z getta już przy murach czekały szajki, którym trzeba było się opłacić, et cetera. Barbara Engelking w tym samym wywiadzie wskazuje na pewne trudności metodologiczne, możliwość (potwierdzaną w psychologii) wyraźniejszego zapisywania się w pamięci wspomnień przykrych, awersyjnych. Nie zmienia to jednak faktu, że Engelking kwestie Zagłady bada od lat na wielu poziomach, z uwzględnieniem rozmaitych wątpliwości epistemiczno-metodologicznych, i jej słowa nie są bynajmniej roszczeniowymi, mściwymi enuncjacjami, umyślnie szargającymi dobre imię narodu polskiego — lecz, niestety, znajdują potwierdzenie w faktach. A nauka jako taka ma fakty odkrywać i na faktach bazować, choćby były one niewygodne nawet dla samych badaczy.
Minister Edukacji i Nauki, odnoszący się z niezwykłą arogancją do wszystkich, których uznaje za sobie nieprzychylnych, wymyślający na korytarzach sejmowych „komunistom i lewakom”, wreszcie atakujący PAN i grożący odcięciem finansowania „tego typu ludziom” (to o prof. Engelking) — to jest zupełnie nowy poziom groteski, który zwłaszcza w kontekście II WŚ musi przywoływać najgorsze skojarzenia. Edukacja i nauka to szczególne obszary, w których chamstwo i kołtuństwo nigdy nie powinno być premiowane ministerialną teką — wobec powyższego uważam, że min. Czarnek jest jednym z najgorzej obsadzonych ministrów w obecnym rządzie (choć wartościowanie zależy oczywiście od perspektywy — ks. Rydzyk, czemu dał publicznie wyraz podczas jednej z uroczystości, uważa, że to najlepszy minister edukacji po wojnie). Nie wiem, czy uzasadniona jest w tym przypadku polemika na poziomie faktów, gdyż o „faktach” p. Czarnek decyduje zupełnie arbitralnie, dopasowując je plastycznie do swojego ekstremistycznego światopoglądu: tak jak w sprawie Polaków, ratujących Żydów podczas wojny. Pan Czarnek głosi, że Polacy byli „największymi przyjaciółmi Żydów” i gdyby nie Polacy, to „straty żydowskie podczas wojny byłyby wielokrotnie większe”. Weźmy te słowa na warsztat: primo, podczas II WŚ zginęli prawie wszyscy polscy Żydzi, więc trudno sobie wyobrazić jakieś większe straty. Secundo: co do „przyjaźni” polsko-żydowskiej, ukazanej podczas II WŚ, istnieje tyle dróg dowodowych, że nie wiadomo, od czego zacząć. Setki dobrze udokumentowanych polskich wystąpień antyżydowskich w miasteczkach i wsiach (Jedwabne, Szczuczyn, Jesionówka, Wąsosz itd.), sąsiedzkie mordy, w których Niemcy jedynie asystowali, zorganizowane grupy szmalcowników, denucjacje itp. (opisuje to również Mirosław Tryczyk w Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów). Dalej jest noc to praca, która te poszczególne mechanizmy bardzo drobiazgowo opisuje, często na konkretnych, imiennych przykładach. Badacze pokazują spisy ludności w miasteczkach lub gminach, w których przed wojną było zarejestrowanych niekiedy kilka tysięcy Żydów, z czego przeżyło kilkunastu, kilku — a czasami nawet żaden. Przytaczają spisane zeznania wydobyte z archiwów policyjnych, w których konkretni mieszkańcy, zgłaszając się dobrowolnie, wskazują na członków społeczności żydowskiej, najczęściej swoich znajomych i sąsiadów. Przyznaję, że dla mnie — Polaka, lektura ta była bolesna; przyznaję również, że książka ta jest pisana nierówno, ponieważ poszczególne części należą do różnych autorów i można wykazać wiele braków metodologicznych oraz zbyt szybkie ekstrapolacje i uogólnienia, formułowane z niedostatecznego, moim zdaniem, materiału faktograficznego. Niemniej, nie można przejść obojętnie nad ogólnym obrazem, który wyłania się z tego zestawienia — przeświadczenie, jakoby Polacy masowo i gremialnie pomagali Żydom podczas II WŚ, jest mitem, który należy zakwestionować. Słyszałem próby przywoływania w tym kontekście liczby drzewek w Jad Waszem, a ściślej, że to polskich drzewek jest najwięcej (co ma być dowodem na największe zaangażowanie Polaków w pomoc Żydom). Niech zatem przemówią liczby: polskich Sprawiedliwych faktycznie było najwięcej (7,232), choć niewiele mniej jest Sprawiedliwych z Holandii (5,982) i Francji (4,206) — a liczba wszystkich Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata zamyka się w tym momencie na poziomie 28,217 (link). Przypomnę, że w Holokauście zginęło 6 milionów Żydów (co jest najprawdopodobniej liczbą mocno zaniżoną). Zestawmy te 30 tysięcy z 6 milionami: Żydzi nie mieli przyjaciół nigdzie.
Można, a nawet należy sprawdzać warsztat i zasięg tych i tym podobnych badań, replikować je — ale jeśli kontestuje się je wyłącznie dlatego, że nie pasują do określonej wizji światopoglądowej, to jest to fałszowanie historii i niebezpieczna gra propagandowa. Przemysław Czarnek idzie jednak nawet dalej — ze względu na niezgodność określonych wyników z jego „linią”, chce sankcjonować całe instytucje naukowe o ugruntowanej tradycji, miast być ich partnerem i rzecznikiem. Bezpardonowo atakując zasłużonych badaczy za głoszenie w sferze publicznej wniosków ze swoich prac, dokonuje zamachu na wolność nauki i swobodę prowadzenia badań, a przy tym niejako systemowo kierunkuje konformizm i określa, które instytucje i za głoszenie jakiej „prawdy” mogą liczyć na przychylność Ministerstwa. Przy tym wszystkim pan minister często zasłania się swoim „mandatem”, którego udzielił mu naród, „dobrem polski” lub „wolą Polaków”, w imieniu których rzekomo występuje. Symptomatycznym jest, iż jednostki o skłonnościach autorytarnych biorą na sztandary hasła egalitaryzmu, lub głoszą wzniosłe prawdy ogólne w drodze po partykularny, jednostkowy interes. Działania p. Czarnka oraz aplauz, z jakim się one spotykają w jego obozie politycznym, powinny być dla nas czerwonym ostrzeżeniem, wybijającym się wielkością i natężeniem na ogromnej mapie innych alarmów, związanych z obecną władzą.
