4 czerwca 23: Marsz sprzeciwu
Po wydarzeniach ostatniego tygodnia nie mogłem spokojnie funkcjonować: najpierw podpis prezydenta pod aktem prawnym, w którym — jak to ujął prof. Strzembosz — „konstytucja jest potraktowana jak zwykła szmata”, a za chwilę nowelizacja, którą Andrzej Duda w istocie podważa własną decyzję sprzed 4 dni, choć mówi, że wcale nie podważa. Głos zabrał cały świat cywilizowany, ale od dawna tajemnicą poliszynela jest, że prezydencko-rządowy obóz tzw. „prawicy” może się pochylić jedynie wobec połajanki zza oceanu. Kongres USA — w niespotykanym dla tego rodzaju spraw tempie (jeszcze tego samego dnia, wieczorem czasu polskiego) — na piśmie, oraz ustami Matthew Millera (link), w tonie oschłym i zasadniczym wyraził zaniepokojenie, co do wpływu nowego prawa na proces wyborczy w Polsce. Niby nie brzmi to bardzo groźnie, ale w języku dyplomacji amerykańskiej jest to czerwona kartka. Czy to ten bodziec, czy jakiś inny zmotywował prezydenta do wycofania się z części zapisów, które sam asygnował? Czy może to część większej rozgrywki w obozie Zjednoczonej Prawicy, a może kolejna próba wrzucenia tematu zastępczego dla odwrócenia uwagi od realnych problemów? Nie ma to już dla mnie większego znaczenia — liczy się to, że kolejny raz, wykorzystując słowa Strzembosza, nie tylko konstytucja, ale Polska jako taka, wraz z jej obywatelami, są traktowane jak, za przeproszeniem, zwykła szmata.
Wchodziłem do metra Stokłosy, od strony nieistniejącego już MarcPolu (czytałem kiedyś, że właściciel tej sieci został zatrzymany w związku z poważnymi zarzutami przestępstw skarbowych) — przywitał mnie tłum ludzi wijących się w kolejce do biletomatu, kolejna wielka kolejka stała do bramki z kodem QR i do bramek biletowych. Na peronie ledwo się mieściliśmy — nie widziałem jeszcze tylu ludzi na dole w metrze, a żyję już niekrótko. Same uśmiechnięte twarze, ludzie w różnym wieku, całe rodziny. Przypomniałem sobie słowa p. Macierewicza, anonsującego „Marsz Tuska”: — Więc to tak wygląda cały peron „agentury” — pomyślałem. Do dwóch pierwszych pociągów nie wsiedliśmy, bo nie było miejsca. Do trzeciego jakoś się wcisnąłem, ale miał awarię i maszynista kazał wszystkim wysiąść. Następnym pociągiem jechaliśmy chyba 10 km/h, w upale, jak sardynki — ale nikt nie narzekał. Naprawdę było czuć atmosferę wspólnej sprawy — to był moment, kiedy wolni ludzie mówią „dość”.
Tłum wyniósł mnie na powierzchnię przy Metrze Politechnika, w zasadzie nawet nie musiałem się ruszać. Ludzie wylewali się jak woda z każdej dziury i dołączali do nurtu, który płynął Nowowiejską w stronę Zbawixa i alei Zjednoczenia. Było to dla mnie wielce krzepiące, widzieć tylu ludzi, którzy — choć manifestują sprzeciw — mają intencje pozytywne i pokojowe. Na Koszykowej z okna jeden człowiek wykrzykiwał pod naszym adresem najgorsze inwektywy — został zagłuszony trąbkami, ale nie doczekał się z tego ogromnego tłumu ANI JEDNEJ wulgarnej odpowiedzi. Tak było aż do Placu Zamkowego: cały marsz miał charakter wesołego happeningu. Kilka razy słyszałem, jak ktoś intonuje niezbyt przyjemną przyśpiewkę, np. „będziesz siedział” gdy szliśmy obok Pałacu Prezydenckiego, ale nie spotykało się to z energiczną odpowiedzią tłumu. Miałem wrażenie, że ludzie obok mnie mają dość bezprawia obecnego obozu, ale również mają dość knajackiego języka agresji, którym przesiąkła polska debata publiczna, zaś polityczna w szczególności.
Thoreau pisał o Obywatelskim nieposłuszeństwie (civil disobedience), dając wyraz w zasadzie dość naturalnej u wolnych istot intuicji, że jeśli władza (zwłaszcza demokratycznie wybrana) sprzeniewierza się podstawowym dla społeczności wartościom, to ta społeczność ma PRAWO wystąpić przeciw niej. Dla mnie marsz 4 czerwca był właśnie tego wyrazem — wyrazem sprzeciwu wobec władzy, która zaprzecza naszym fundamentalnym wartościom. Nie chodzi tu o Tuska, ani o żadnego innego lidera czy partię — nie jestem żadnej z nich entuzjastą, ale jestem Polakiem, Europejczykiem i demokratą. Nie zgadzam się na nazywanie mnie „agentem Kremla”, „agenturą”, uczestnikiem „marszu zdrady narodowej” albo „marszu nienawiści” — kłamstwa TVP i całego tego państwowego wehikułu medialnego przekroczyły już dawno granicę absurdu. Obrazki z rządowej TV, która puszcza wywiad z jakimś totumfackim, mówiącym o zdradzie Tuska, podczas gdy pół miliona ludzi idzie ulicami stolicy, czego nie ilustruje się nawet jednym obrazkiem, przypomniały mi sowiecki dziennik „Prawda” (Правда), który po wybuchu w Czernobylu na pierwszej stronie zapraszał całe rodziny na marsz pierwszomajowy w Kijowie. Wszyscy żyjemy obecnie w bańkach informacyjnych, ale obowiązkiem istoty świadomej jest przynajmniej podejmowanie próby dotarcia do prawdy — mamy do tego narzędzia. Marsz 4 czerwca pokazał odrobinę tej prawdy, zarówno w swojej obywatelskiej ekspresji, jak i poprzez chaotyczną i przewidywalną reakcję obozu rządowego i rządowych mediów. Obowiązkiem demokraty jest sprzeciwiać się dążeniom autokratów — marsz pokazał dobitnie, gdzie jest barykada.
