Polsko-niemieckie rozliczenia p. Czarnka podczas wizyty Komisji Kultury KE
Nie milkną echa po „alarmującej wizycie” (według słów S. Verheyen) przedstawicieli Komisji Kultury i Edukacji Parlamentu Europejskiego (CULT) w Polsce, w której to Polsce, na ziemi uświęconej wyłącznie krwią bohaterów bestialsko mordowanych wyłącznie przez Niemców, członkowie komisji na własnej skórze przekonali się, jak wygląda polsko-niemieckie pojednanie wg. PiS i „polska” wersja historii. Dziś, tj. 20.05.2023 r., minister Czarnek zamieścił na Twitterze wybrane fragmenty nagrań ze swoich wypowiedzi na spotkaniu z Komisją, a zrobił to z nieskrywaną dumą, jakby chciał powiedzieć nam wszystkim: „Patrzcie — tak się gada ze Szwabami!”. Zwracając się do przewodniczącej Sabine Verheyen, która ma czelność być Niemką, pozornie spokojnym tonem przypomniał jej, że „jest przedstawicielką nacji, która w sposób czarno-biały zachowywała się w tym mieście”, a „jej przodkowie przez kilka lat dokonywali masakry” w siedzibie Gestapo przy al. Szucha i nie tylko. „Historia jest pełna faktów, a fakty są, jakie są” peroruje dalej Czarnek, wskazując na widzenie historii „z punktu widzenia faktów”. Gdyby to nie było na poważnie, to można by się nawet roześmiać.
Nie chcę teraz wchodzić w epistemologiczną dyskusję nt. faktów, choć jest to zagadnienie, którym zajmuję się już od pewnego czasu, gdyż właśnie takie i podobne sytuacje uświadomiły mi, jak istotne byłoby znalezienie podstawowej płaszczyzny, na której problem elementarnego zdarzenia w świecie i jego widzenia przez różne jednostki można by rozstrzygnąć. Wchodzimy tu automatycznie w problem prawdy. Niestety, osoba legitymująca się wykształceniem wyższym, powinna być tych problemów i ich zniuansowania świadoma, nie mówiąc już o doktorach habilitowanych nauk humanistycznych — a do tego grona zalicza się p. Czarnek. Pomijam już nawet fakt (nomen omen), że minister nawet w przedstawionym przez siebie fragmencie był pasywno-agresywny, a delegacja wspominała, że był po prostu brutalny i napastliwy, zdarzało mu się również krzyczeć. Najważniejsze jest to, że tak po prostu nie robi się polityki międzynarodowej! Czy pan Czarnek zna pojęcie „dyplomacji”? Czy wie, że nie reprezentuje tylko swojego wąskiego środowiska (nazwanego jakiś czas temu przez ks. prof. Alfreda Wierzbickiego „katolickimi Talibami”), ale naród i powagę RP? Są to, rzecz jasna, pytania retoryczne, a w zasadzie pytania, które w rzeczywistości stworzonej przez PiS przestają mieć jakiekolwiek znaczenie: dla Czarnka i innych „cyngli” Kaczyńskiego (z nim samym na czele) nie ma znaczenia taka czy inna opinia zewnętrzna czy wewnętrzna na temat Polski i Polaków, chyba że jest związana z jakimś żywotnym celem politycznym. Czarnek i jego poplecznicy mają za nic to, jak takie gesty, wysyłane zresztą ustawicznie już od pierwszych rządów PiS w latach 2005-2007, wpływają na opinię Polski w Niemczech, w całej Europie, czy nawet na świecie. Jak takie gesty wpływają na polaryzację i oddalanie się od siebie dwóch narodów, które wszak żyją po sąsiedzku, od lat w pokoju i w ramach silnej wspólnoty, przynoszącej obopólne korzyści.
Najbardziej bolesnym jest dla mnie, gdy w imię bieżących celów politycznych (i to określonych przez haniebne intencje), lub przez ignorancję czy pychę fanatyków, zaprzepaszcza się wysiłki i dążenia całej społeczności. Tak jak Ukraińcy, przelewający obecnie krew za wolność i zachodnioeuropejską dążność, Polacy również chcieli być członkami kultury Zachodu — to znaczy dołączyć do europejskiej wspólnoty wartości opartej na pokoju. II Wojna Światowa była mroczną kartą w historii i prawdopodobnie każda polska rodzina poniosła w niej straty, o których pamięć jest pielęgnowana — ale dotyczy to wszystkich narodów europejskich, ponieważ jako Europejczycy bezpardonowo wyrzynaliśmy się już od praczasów. Nikt nie zwolni Niemców od odpowiedzialności za nazizm i pożogę destrukcji i zagłady, która za ich sprawą rozlała się po całym świecie, ale w szerszym kontekście walki o ziemie, surowce, władze, wpływy na przestrzeni dziejów — nikt tu nie jest bez winy. Istotą sprawy jest, że na rozdrapywaniu historycznych ran nie zbuduje się wspólnoty, nie zbuduje się niczego dobrego — dlatego wręcz core’ową wartością europejską, częścią „europejskiej świadomości”, jest idea pojednania i kooperacji opartej na prawie, wzajemny szacunek w zachowaniu i języku. To jest fundament, wniosek wyciągnięty z historii, a nie żadna „lewacka ideologia”, albo bycie „miękkiszonem” (wedle słów Ziobry). Nie oznacza to, że nie mamy się spierać lub konkurować.
Trudno mi do końca uwierzyć w diagnozę prof. Wierzbickiego, mianowicie że Czarnek wierzy w to, co mówi. Byłoby to, co do zasady, lepsze rozwiązanie — troglodycie, który nie rozumie zła, jakie popełnia, można jeszcze jakoś wybaczyć. Jednak moim zdaniem jest dużo gorzej: Czarnek doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co mówi — robi to cynicznie i z pełną premedytacją. Z pełną premedytacją, do spółki z innymi „pitbullami” ze swojego obozu, podsyca antyniemiecki resentyment, dopuszczając się przy tym bestialstwa (obarczanie Niemców urodzonych już po wojnie winą, za grzechy dziadów, jest nie tylko bezpodstawne, ale wskazywanie jakiejś moralnej winy w samym tylko urodzeniu podchodzi pod rasizm). A niestety wiemy z historii, jak różne resentymenty, nawet z pozoru lokalne, potrafią wpływać na losy świata. Kaczyński, trzymając Czarnka na dość długiej smyczy, ma przekonanie, że skutecznie prowadzi z UE grę, w której za pomocą różnych wybiegów i okresowo wzbudzanych antagonizmów utrzymuje balans między unijną funkcją bankomatu, a „patriotycznym” polskim „ciemnym ludem” (jak chciał p. Kurski). Jest to jednak gra bardzo niebezpieczna, która może się skończyć nie tylko Polexitem, ale nawet rozpadem całej struktury Unii. A z Putinem u bram to nie Kaczyński ani oligarchowie PiS, ale my zwykli ludzie zapłacimy za to cenę, być może najwyższą.
